Wstaliśmy z samego rana, a przy tak słonecznej aurze nawet Eilat wydawał się być ładniejszy. Zjedliśmy szybkie śniadanko i poprosiliśmy Panią z recepcji aby zamówiła nam taksówkę do granicy z Jordanią. Granica jest dosyć blisko, jakieś 10 min drogi. Cena taksówki to 40 ILS, zawsze staram się uzgodnić cenę zanim wsiądę i targować się ile się da :). Teraz dzięki temu, że taksówkę zamówiła nam Pani z recepcji nie musiałam uzgadniać ceny z taksówkarzem.

   Na granicy po stronie Izraelskiej wszystko poszło szybko i sprawnie. Nic dziwnego skoro za wyjazd, a nie wylot z Izraela trzeba zapłącić 100 szelki za osobę. Oliver 2,5 roku tez musiał zapłacić. No bo skoro nie będziemy wydawać pieniędzy w Izraelu to musimy zapłacić, że sobie jedziemy w inne miejsce. Jak widać w Izraelu nie dość, że wszystko jest drogie to jeszcze  trzeba zapłacić za wyjazd… Po stronie Jordańskiej musieliśmy wypełnić druczek z naszymi danymi i podać na ile zostaniemy. I tu ważna informacja, jeżeli zostaje się w Jordanii na minimum 3 noce, wiza jest darmowa. A Jordania też nie należy do najtańszych krajów. Tutaj wszyscy byli dla nas wyjątkowo mili a Oliver dostał od Pani celniczki cukierka. Tak, podróżowanie z dziećmi też ma swoje duże plusy. :). Przejście przez granice poszło nam sprawnie a po drugiej stronie czekali już na nas taksówkarze i zacierali ręce. Bo aby przedostać się dalej chociażby do Aquaby nie można sobie po prostu wyjść na pieszo ze strefy granicznej. Jest to teren wojskowy więc trzeba koniecznie wziąć taksówkę, co daje mafii taksówkowej ogromną przewagę w momencie negocjacji cen. Ale byłam już przygotowana na tę okazje przed przyjazdem. Postanowiłam ich trochę przechytrzyć w inny sposób i dogadać się z właścicielem campingu z Wadi Rum aby zorganizował nam taksówkę. Cena była oczywiście dużo niższa i nie trzeba było kłócić z taksówkarzami na granicy. Pan który czekał już na nas, okazał się bardzo miłym kierowcą i jeszcze na koniec kupił nam 3 kg pomidorów. Nie mogłam się oprzeć jak zobaczyłam że przy drodze wszyscy sprzedają pomidory, a w środku polskiej zimy taki prawdziwy pomidor (nie bezsmakowy z supermarketu) to niezły rarytas. Tak, czy inaczej pomidory były tanie jak barszcz a Pan kierowca wykazał się bardzo miłym gestem.
   Po około godzinki drogi dojechaliśmy do wioski beduinów w Wadi Rum, dzieciaki juz były wyspane i gotowe do dalszej przygody. Ku naszemu zaskoczeniu właściciel campingu zaprosił nas do swojego domu a tam bawiła się trójka jego dzieci, mniej więcej w wieku naszych. Dzieci szybko znalazły wspólny język i razem bawiły się dalej. Jedynym minusem niestety było tylko to, że po środku salonu znajdował się wielki telewizor a starsze dzieciaki grały w gry komputerowe. Niestety nie może być idealnie nawet na końcu świata :). Nowa technologia dociera wszędzie. Mimo tego poczęstowali nas pyszna beduińską herbatą i mogliśmy choć przez chwile poobserwować życie ludzi z Wadi Rum Village. Nasz amfitrion wydawał się być jednym z bogatszych mieszkańców wioski, bo co chwila ktoś nowy wchodził do salonu, częstował się herbata i używał przez moment playstation a póżniej wychodził. Wszyscy byli dla nas bardzo pomocni a co najważniejsze pozwolono mi wejść do kuchni i podgrzać obiadek dla dzieci (miałam 2 słoiczki przywiezione z polski). Dowiedziałam się że goście męscy mogą przebywać tylko w salonie,  bo w drugiej części domu gdzie była kuchnia i sypialnia była żona, której nie mogli sobie oglądać inni  (no tak muzułmanie).
   W południe wyruszyliśmy na zwiedzania pustyni. Początkowo myślałam że może dzieci siądą z babcią w środku samochodu, ale jak tylko podjechał samochód z zamontowanymi ławeczkami na przyczepie moja mama kategorycznie odmówiła wsiadania do środka. Na przyczepie jest dużo ciekawiej powiedziała, a ja przyznałam jej racje. Założyłam dzieciom kurtki, mimo iż było dosyć ciepło, ale “na pace” zawsze wieje dużo bardziej. Oliver też był wniebowzięty, samochód bardzo przypadł mu do gustu.  Przygoda naprawdę super. Wadi Rum jest podobno najpiękniejszą pustynia na świecie i musze chyba przyznać racje. Było po prostu cudownie. No tak Ariadna I Oliver najbardziej się cieszyli z tak ogromnej piaskownicy. Nie ważne gdzie są, ale ważny jest piach i słońce. Dla nich na pewno dużą atrakcją okazały się wielbłądy, tym bardziej że mogliśmy spróbować ich mleka. Dodam że nic nam nie było, a dzieci są przyzwyczajone do picia prawdziwego mleka od krowy. Całe popołudnie jeździliśmy po pustyni odwiedzając wąwozy, jaskinie i naturalne mosty.

   Dzień był naprawdę wspaniały, aż do momentu kiedy poszliśmy zobaczyć zachód słońca i Oliver rzucił kamieniem. Pech chciał, że akurat w Ariadne blisko oka. Na szczęście miałam przy sobie cały kit pierwszej pomocy i szybko opatrzyłam ranę. Jak się pózniej okazało, wbrew moich obaw ranka zagoiła się bardzo szybko i nie wdała się żadna infekcja. O sytuacji szybko zapomnieliśmy bo czekała na nas prawdziwa beduińska uczta. Mięso pieczone w ziemi i inne smakołyki, muzyka przy ognisku, piękne pustynne niebo pełne gwiazd i pyszny smak beduińskiej herbaty. Tej nocy spaliśmy w namiotach, specjalnie przygotowanych na campingu beduińskim. Wcale nie było nam zimno, mimo 5 stopni w nocy, koce były tak grube, że spaliśmy bardzo wygodnie.

Info praktyczne:
1) Koszt taksi z granicy do Wadi Rum około 40 JOD
2) Nasz nocleg : Beduin Life Style Camping,  gorąco polecam http://www.bedouinlifestyle.com/en/page.aspx?id=1
Scroll Up

Pin It on Pinterest

Share This